HunterX
Nie pozbyłam się jeszcze głupiego uporu, który sprawił, że zamiast po pewnym czasie spędzonym w HunterX stwierdzić, że nagrałam się co moje i nic się nie stanie, jeśli do gry nie wrócę, uznałam że jestem na tyle daleko, że koniecznie muszę ją skończyć.
No i skończyłam i nie było to wnoszące wiele doświadczenie, co mogłam spokojnie być w stanie ocenić po jakichś 10 godzinach rozgrywki i nie trzeba było wkładać w nią prawie drugie tyle.
Pewien problem, przynajmniej dla mojego głupiego charakteru, tkwi w tym, że ta gra nie jest przesadnie zła. Nie jest po prostu na tyle dobra, żeby warto było inwestować w nią swój czas – mając do dyspozycji zatrzęsienie podobnych, ale lepszych tytułów. Jakby była gorsza, łatwiej byłoby mi ją porzucić – ale cóż, może dzięki temu w końcu nauczę się to robić częściej.
Jedna rzecz, która szybko zwróciła moją uwagę, to jak ta produkcja jest brzydka. Zaskakująco wręcz. Pomijając modele, zdecydowanie coś jest nie tak z oświetleniem, a cienie potrafią padać w zdawałoby się zupełnie nieprawidłowych miejscach (bo np. stoimy na twardym kamieniu, a nasz cień wisi w powietrzu).
Co do rozgrywki natomiast, jest to lekko toporna Castlevania ze zbieraniem waluty na kolejne ulepszenia, znajdywaniem broni, które nie różnią się od siebie poza statystykami i obrażeniami wybranych żywiołów. Mamy też parę umiejętnościami specjalnych różnych rodzajów. Da się tym na początku całkiem nieźle bawić, ale na dłuższą metę staje się męczące. Właściwie w każdym elemencie rozgrywki brakuje “czegoś więcej”. I właśnie ten brak “czegoś więcej“ definiuje dla mnie całą grę. Nie widzę sensu wypisywać kolejnych pomniejszych problemów, jakie spotkałam. Po prostu nie ma elementu, który byłby naprawdę solidny.




Widziałem jak w to grasz, wszedłem na stronę sklepu, i się szybko wycofałem. Uwielbiam Metroidvanie, ale to wygląda tak... Robione na kolanie. A to jest gatunek który ma już tyle do zaoferowania